"Podwójny Uśmiech"
Stowarzyszenie na rzecz bliźniąt.
KRS 0000206719
1% dla bliźniąt
Menu
Subskrypcja


Wyszukiwarka


Dotpay

Miasto Dzieci

Bezpieczny internet

System zarządzania treścią dostarczyła firma Hyh - tworzenie i projektowanie stron Katowice.

Mamine zapiski

Na sanki

czyli Historia konia pociągowego

Dzisiaj po raz kolejny postanowiłam pójść z chłopcami na sanki. Ostatnim razem już się zastanawiałam, czy tego nie opisać...
Po długich wahaniach zdecydowaliśmy się na dwie pary sanek. Z przyczyn w zasadzie banalnych - takich podwójnych nikt nie robi, a jeśli nawet robi - nie tak łatwo je dostać... Poza tym - nie bardzo umiałam sobie wyobrazić zjeżdżanie w duecie z górki... tak więc każdy z bąbli ma swoje własne sanki. Na wszelki wypadek jednakowe, żeby nie było problemu...

Dzisiaj jest (a raczej była, bo już się kończy) sobota, pogoda jak marzenie, bo mrozik wreszcie zelżał, śniegu nowego napadało, idziemy więc na saneczki! (Jak to kiedyś mówił mój brat "z gólki pasiasiulki"). Najgorsze to dotrzeć do miejsca, gdzie wreszcie zaczyna się śnieg. Nasz gospodarz oczywiście elegancko poodśnieżał - chwała mu za to, ale nie mógłby się nade mną zlitować chociaż w sobotę?? Na szczęście chłopaki są w dobrych humorkach, pędzą więc do zejścia, schodzą po schodkach (a raczej biegną na dół wzdłuż zjazdu dla wózków) i dopiero tam rozsiadają się na saneczkach. Opracowałam już sposób na samodzielne pokonanie drogi do górki z chłopakami i dwiema parami sanek - saneczki Jędrka przywiązuję do sanek Kamilka. I tak ciągnę, przy czym sama sobie wydaję się zamieniać w konia pociągowego... Tak przynajmniej musi się moim zdaniem czuć koń ciągnący wóz z węglem...

Idziemy, idziemy, z każdym metrem dzieci ważą kilogram więcej... Do górki na szczęście mamy blisko... I na całe moje szczęście mało kto zawraca sobie głowę odśnieżaniem chodniczków przed domkami...
Na górce było przyjemnie, bo już wcześniej nauczyłam chłopców, że sami wchodzą na górkę, a ja ciągnę saneczki. To nawet działa. Potem zjeżdżamy po kolei (niestety sanki z oparciem mają tę wadę, że na mamine bioderka są za wąskie...), schodzimy z saneczek i znowu biegniemy na górkę. Chłopcy bawili się doskonale, nawet nie przestraszyli się nowej koleżanki Marysi, tylko wołali na nią DZIDZIA, DZIDZIA (a Marysia starsza od nich...)

Powrót niestety nie był już taki przyjemny... Jędruś nagle głośnym rykiem oznajmił, że ma AUA (nie chciał ani powiedzieć, ani pokazać, gdzie) i ryczał tak na pół osiedla... Na sankach posadził się nie dał... Kamilek na szczęście (poinformowawszy mnie, że Aja ma aua) grzecznie siedział na saneczkach. Wzięłam Andrzejka na rączki. Ale wyobraźcie sobie, że idziecie w futrze, z jednym wierzgającym i wrzeszczącym bąblem o wadze 12,5 kg plus zimowy kombinezon i ciągniecie przy tym drugiego bąbla o wadze 12,5 kg w zimowym kombinezonie i drugą parę sanek, na szczęście pustą... Synek w końcu się nade mną zlitował, ryczeć co prawda nie przestał, ale przynajmniej szedł sam, trzymając mnie za rękę... Do domu dotarłam wykończona... W ramach relaksu zaś mogłam się wybrać z chłopcami na zakupy... Tym razem jednak wózkiem! (tu pragnę dodać, że nasz trójkołowiec sprawuje się na śniegu równie doskonale co na plaży!)

A zdjęcia można obejrzeć tutaj

Copyright © 2003-2010 blizniaki.net. "Podwójny Uśmiech". Stowarzyszenie na rzecz bliźniąt jest Organizacją Pożytku Publicznego. Przekaż 1% podatku na bliźnięta.

Użytkownicy portalu nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Zarządu Stowarzyszenia. Kopiowanie,
redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Zarządu.