Moje dzieci to ranne ptaszki
Nie wiem czy pamiętacie, jak się kiedyś skarżyłam, że dzieci budzą się o świcie. Niestety, zostało im to do dziś. Andrzejek i Kamilek należą do rannych ptaszków - wieczorem idą grzecznie spać ok. 20.30 - rano robią pobudkę o 6.10. Punktualnie. Czasem jest to niestety 5.30, innego dnia dają rodzicom pospać do 6.15... Są już na tyle duzi, że wyjmują sobie szczebelki i przybiegają do nas do łóżka, potem wiercą się ok. 10 minut, mówiąc coś nieustannie, a potem oświadczają "MAMA BAJKA! TUBIŚ!". Mama musi wstać (jeśli to dzień powszedni, nie ma tragedii, w końcu i tak muszę o tej porze wstawać do pracy - w weekendy jest zdecydowanie gorzej...), włączyć dzieciom bajkę. Staram się natychmiast uciec pod kołdrę - ledwo przysnę, zostaję brutalnie odkryta z okrzykiem "MAMOOO! MNIEKO DAJ!" Idę więc robić "mnieko"... a potem to już naprawdę muszę wstawać...
Na szczęście minął okres, kiedy to Andrzejek, nasz najporanniejszy ptaszek domowy, z dzikim okrzykiem radości wskakiwał Kamilowi (najczęściej śpiącemu błogo) na głowę, budząc go oczywiście. Jędrek śmiał się radośnie, Kamil płakał okropnie pokrzywdzony... Nie pomagało tłumaczenie, grożenie, przekładanie szczebelków, zdejmowanie szczebelków, przestawianie łóżeczek... pomogło dopiero przybicie dwóch desek pomiędzy łóżeczkami. Teraz Jędrek wskakuje rano do nas...
Dzisiaj rano chłopcy przeszli samych siebie. Andrzejek obudził Kamila o 6.10, to już normalne. Kamil płakał żałośnie, Jędrek się śmiał.... W końcu udało mi się uspokoić Kamilka bajką. Padłam natychmiast do łóżka i zasnęłam.
Andrzejek (tarmosząc moją kołdrę): Mamoooo! TO!Ja (nieprzytomna): Co się stało?
Andrzejek (podkładając nogę na moją poduszkę i wciskając mi w rękę skarpetki): TO!
Wkładam dziecku skarpetki. Ma rację, nogi lodowate, a miał leżeć pod kocem! Potem zostaję zaciągnięta do ich pokoju, mam go natychmiast ubrać w szlafroczek. Co też czynię bez oporu, nawet z własnej inicjatywy ubieram Kamilka, który grzecznie leży na kanapie i ogląda bajkę. NIE pod kocem niestety...
Padam na łóżko, zasypiam.
10 minut później...
Andrzejek (tarmosząc moją kołdrę): Mamoooo! TO!
Ja (nieprzytomna): Co się stało?
A (zdecydowanie, nie popuszcza):TO! MAMOOOO! TO!!! - biegnie do łazienki, ciągnąc mnie za rękę... Okazuje się, że mam NATYCHMIAST włożyć szlafrok. Dziecię pędzi już do pokoju i przynosi mi okulary.
A: Mamooo! Mnieko daj!
Posłusznie idę do kuchni, myję butelki (wczoraj zapomniałam), okazuje się, że Andrzejek będzie pić z innej butelki, nie z tej właśnie umytej... No trudno. Daję im mleko, kładę się, zasypiam (na dworze deszcz, zimno, nie ma jeszcze 7 rano, a jest niedziela!!!)
10 minut później...
Andrzejek (tarmosząc moją kołdrę): Mamoooo! Chlebek daj!
Jak rany, to dziecko nigdy o tej porze nie jadło! Ej, Andrzejku, a ty umiesz powiedzieć CHLEBEK??? Zaskoczona idę do kuchni.
Ja: Z czym ma być ta kanapka?
Andrzejek i Kamilek (który zrezygnował z bajki): TO! (pokazując nutelkę...) JAJO!! JAJOOO AM! (pokazując cukierki)
Ja: Chłopcy, cukierki będą, jak zawołacie siusiu.
AiK: Mamoo! SISI! - biegiem do łazienki, ściągają pidżamki.
No trudno, wysadzimy się... Robią siusiu, pędzą do pokoju.
AiK: MAJTI DAJ! - wyciągając majtki z szuflady.
Ja: Nie, majtki włożycie, jak już zrobicie kupę, teraz zakładamy pieluszkę. Chcecie jeść?
AiK: TAK! CHLEBEK!
Robię kanapkę, karmię chłopców, jest 7.10. Z nadzieją padam pod kołdrę, próbuję przysnąć.
10 minut później, tarmoszenie...
Kamilek: Mamooo! Kaja kupę ma! Majti daj!
Jak rany. Następnym razem ugryzę się w język zanim coś powiem...
K: Mamooo! Kaja kupę ma!!! - ciągnię mnie za rękę. Muszę niestety natychmiast go przewinąć.
Idziemy do ich pokoju, po sekundzie wpada rozradowany Jędruś: "Aja kupę ma!" Dobra, myję ich...
AiK: MAJTI! Daj! Siam siam!
Odczekuję 20 minut samodzielnego ubierania się. Próbuję pomóc, co się kończy lekką histerią i ciężką obrazą Andrzejka...
A potem jest już po 8 i naprawdę nie opłaca się więcej zasypiać...





