Moje bąble
Jakie są moje bąble?
Opisywałam Wam ciążę, poród, karmienie, kąpanie, szukanie wózka i urządzanie pokoju. Opisywałam szaleństwa i ząbkowanie moich dzieci, ich choroby i podróże. Jak dotąd jednak nie napisałam NIC o nich samych... Jacy są zatem moi synkowie?
Przede wszystkim - są bliźniakami. Natura tak to wymyśliła, że przyszli na świat razem - i nic tego nie zmieni. Moje burzenie się przeciwko uznawaniu ich za jedność, moje sprzeciwy przeciwko nazywaniu ich "bliźniakami" - nie zmienią faktu, że Andrzejek i Kamilek to bliźnięta. Dwujajowe, tak przynajmniej wynika z opisu ciąży (dwukosmówkowa, dwuowodniowa, dwa łożyska), ale bardzo, bardzo podobne do siebie. Mają identyczne oczy, bardzo podobne włosy, prawie jednakową budowę ciała. Różnią się uśmiechem, uszkami, kształtem głowy, odrobinę także kształtem noska. Jednak różnice te są zauważalne głównie dla nas.
|
|
Andrzejek i Kamilek, jak na bliźniaki przystało, uwielbiają być razem. Gdy jeden śpi, a drugi już wstanie, najpierw przyciska paluszek do ust i mówi cichutko "CIII, Aja aaa".
Po jakimś czasie jednak (20 minut...) nudzi mu się "samotność" w towarzystwie mamy lub niani i biegnie obudzić brata. Ile można się bowiem bawić samemu??
Może są jakimś ewenementem, ale prawie się nie kłócą! Bardzo rzadko dochodzi między nimi do bójek, wzajemnego gryzienia czy popychania się (jeśli już, poszkodowany jest zwykle Andrzejek). Ostatnio co prawda wpadli na pomysł nowej "zabawy" (mało śmiesznej dla otoczenia) - drażnią się ze sobą, zabierając bratu ukochany przedmiot. Przy czym ten, który zabiera - uśmiecha się złośliwie, a prawowity właściciel - ryczy w niebogłosy... Trwa to moment, zaraz bowiem następuje wymiana i wszystko jest w najlepszym porządku.
Są bardzo kochający i pomocni. Pamiętają o sobie. Nigdy nie może się zdarzyć, że jeden dostanie pić (jeść), a drugi nie. Bardzo często podają sobie butelki czy ciasteczka. Przoduje Kamilek, on bardziej dba o brata i jego potrzeby, bardziej mu też jednak dokucza... Najciekawsze jest to, że w panującym u nas ostatnio okresie buntu i "Aja Aja!" (czyli SAM, SAM) tylko brat ma prawo pomóc Andrzejkowi, zmagającemu się z kurtką, czapką lub bucikami.
|
|
Pomoc ta i uczuciowość nie ograniczają się do kontaktów z bratem. Moi synkowie są bardzo czułymi, kochającymi i wrażliwymi istotkami. Są "przytulankami" i pieszczochami, uwielbiają się pieścić z mamusią, babcią, tatusiem i sobą nawzajem. Obecność brata na kolanach u mamy bardzo rzadko traktują jak rywalizację, są to wyjątkowe sytuacje typu choroba - kiedy bratu nie wolno się do mamy zbliżyć. Raczej dzielą się mną w zgodzie. I było tak zawsze, od urodzenia.
Chłopcy zwracają też uwagę na uczucia innych. Płaczące dziecko czy zwierzątko w kreskówce wywołuje ich niepokój. Pewnego razu Andrzejek pogłaskał ekran telewizora, gdy w bajce o "Kreciku" orzeł przygarnięty przez krecika zaczął płakać.
|
|
Chłopcy są też bardzo ostrożni. Doskonale wiedza, kiedy mogą spaść np. z krzesła czy fotela - mówią wtedy "Aja baa?" i uważają, aby tego nie zrobić. Wiedzą, że wsadzanie palców między drzwi albo szuflady powoduje "aua" - demonstrują nam to dość często, wkładając paluszek w szczelinę szuflady i mówiąc "Aja aua?" Zdają sobie sprawę, że kuchenka jest "sii", podobnie jak grzejnik, kaloryfer czy żelazko lub kubek z herbatą. A co jest "sii" - nie może być dotykane. I wiedzą to sami, bo na szczęście nigdy się nie poparzyli. Może dzięki ich ostrożności udało się nam uniknąć wielu wypadków?
Moje dzieci mają jedno imię: Aja. Kamilek zaczął tak wołać na Andrzejka kilka miesięcy temu. Wcześniej porozumiewali się i nawoływali jak małe foczki, takim gardłowym "A! A!", którego my nawet nie umieliśmy naśladować, nie mówiąc już o rozumieniu go... Po kilku dniach Aja zaczął tak mówić też na brata. Wcale nie oznacza to, że nie rozumieją i nie uznają swoich imion - dokładnie wiedzą, że Kamilek to Kamilek, a Andrzejek - Andrzejek, Jędruś, Jędrula... Na siebie i tak mówią AJA. Próbujemy ich nauczyć mówić "Kamilek", na razie jednak bezskutecznie...
Mamusia: Andrzejku, powiedz "KA"
Andrzejek: KA
Mamusia: Andrzejku, powiedz "MI"
Andrzejek: MI
Mamusia: A powiedz KAMIL
Andrzejek: KAKARAKATA (śmiejąc się przy tym serdecznie).
Najśmieszniejsze jest to, że oni doskonale rozróżniają jedno Aja od drugiego... Kiedyś się ich spytałam, czy będą pić mleko... Na to Kamilek mi odpowiedział: "Aja nie, Aja am!" (akcentując drugie Aja, bo to on miał ochotę na mleko, a nie Andrzejek).
Andrzejek i Kamilek bardzo ładnie bawią się ze sobą. Potrafią już nawet grać w piłkę, choć bardzo długo nie mogli zrozumieć, że możliwa jest wspólna zabawa jedną piłką. Od dawna bawili się w swoim towarzystwie, ale obok siebie - jeden klockami, drugi samochodem. Teraz często razem budują coś z klocków, podają je sobie, rzucają do siebie piłkę. I zawsze jednocześnie jeżdżą na swoich bibijach (czyli jeździdełkach).
No właśnie, bibije. Zasługują one na większą uwagę. Są to ukochane zabawki chłopców. Każdy z nich ma swój samochodzik i drugiemu WARA od niego, w przeciwnym razie jest krzyk, płacz i zgrzytanie zębów. Ciekawa sprawa - nie zrzucają i nie ściągają brata, który bezprawnie usiadł na bibiju, tylko szlochają rozpaczliwie (Aja bibij! Aja bibij!) do momentu, aż ich ukochany samochodzik zostanie zwolniony.
|
|
Andrzejek i Kamilek mają też inne przedmioty, które należą tylko i wyłącznie do nich. Przede wszystkim - szmatki przytulanki, Andrzejek - bordową, Kamilek - beżową. Bardzo rzadko się jednak zdarza, że zabierają je sobie tak, jak samochody. Raczej wręcz przeciwnie - jeśli jeden z nich biegnie do pokoju po szmatkę (schowaną w szufladzie, czego sami bardzo pilnują tuż po obudzeniu) - najczęściej przynosi też szmatkę dla brata. Jeśli nie - drugi natychmiast też pędzi do pokoju po swojego smoczka i szmatkę.
Tak, tak, chłopcy muszą zawsze robić to samo. Jeśli jeden chce pić - drugi natychmiast usycha z pragnienia. Jeden chce czytać książeczkę - drugi domaga się tego samego. Jeden stuka głową w kanapę - natychmiast ta zabawa staje się najlepsza i dla drugiego... Jednocześnie jedzą posiłki, jednocześnie się kąpią, chodzą razem spać. Nie ma mowy, aby jeden poszedł na spacer, a drugi został w domu - obaj uznaliby to za okrutną i niezasłużoną karę.
Obaj są takimi samymi oszołomami
i natychmiast naśladują każde wariactwo brata. Przykładowo - ściąganie skarpetek. Jeśli Andrzejek tak doskonale się przy tym bawi, dlaczego Kamilek nie miałby też spróbować?
|
|
Mimo że są tak podobni i zżyci ze sobą - podkreślają sami swoją indywidualność. Mają swoje ubranka i buciki i niech ktoś spróbuje włożyć Andrzejkowi kurtkę Kamilka! Krzyczą wtedy obaj w niebogłosy. Podobnie ma się sprawa kapci, bucików, rękawiczek, czapek, bluzek, rajstop, śliniaczków, śpiworków, nocników... Raz babcia została z nimi wieczorem i miała za zadanie wykąpać ich i położyć spać. Zapomniałam jej jednak powiedzieć, która piżamka jest Andrzejka, a która Kamilka. Myślicie, że chłopcy pozwolili jej na pomyłkę? A skąd! A niech ktoś spróbuje położyć Kamilka do łóżeczka Andrzejka (i na odwrót) - może dla zabawy by to zaakceptowali, ale na pewno nie do spania. Ogromny krzyk podnoszą też, gdy pomylimy krzesełka - mimo że są identyczne. Każdy z nich chce jednak siedzieć w swoim i basta.
Moje bąbelki mają swoje dziwactwa...
Największe z nich, dla nas zupełnie niepojęte, dotyczy latarni. Pobudka chłopców (tak między 6 a 7 rano, bo to ranne ptaszki) odbywa się zawsze wśród okrzyków "Apa nie!" albo "Apa tak!" Chodzi o to, czy latarnie za oknem się jeszcze palą czy nie. Moment zapalania się latarni na podwórku jest codziennie po południu witany dzikim szaleństwem - bieganie, tupanie, okrzyki "Apa tak! Apa tak!" To samo dzieje się rano, gdy latarnie gasną... i trwa to od kilku tygodni dzień w dzień...
Kolejne dziwactwo (dla niektórych mam może byłoby wybawieniem, jeśli ich pociechy nie należą do czyścioszków) to absolutna pedanteria w pewnych sprawach. Bąble są poukładane do granic wytrzymałości wiecznie śpieszącej się mamy... Okruszek na blacie jest tragedią i z całą pewnością powodem do odmówienia dalszej współpracy przy jedzeniu posiłku. Okruszek na dywanie zostanie natychmiast dostrzeżony i podniesiony. Rączki nie mogą być brudne. Błoto lub śnieg na butach czy wózku jest powodem ogromnego obrzydzenia "bleeeeeeeeeeeeeeeeee". Podobnie wygląda sprawa kupki w nocniczku. Jeden raz się Kamilkowi zdarzyło zrobić kupkę na nocnik, sądzę, że nie powtórzy tego już nigdy, obaj mieli tak zniesmaczone miny, że mimo woli musiałam się z nich śmiać... Siusiu na nocniku to powód do dumy i gromkiego bicia brawa.
No właśnie - bicie brawa. Moi synkowie to narcyziątka... nie da się tego inaczej nazwać, zawsze, jak tylko coś im się uda, biją sobie brawo i zmuszają do tego całe towarzystwo, w tym brata. Największym sukcesem Andrzejka jest nasikanie przez Kamilka do nocniczka... cieszy się wtedy ogromnie, co okazuje głośnym aplauzem. Gdy chłopcy nauczyli się jeść widelcem (tzn. nabijać na widelec kawałek parówki czy kanapeczki - bo kanapeczki też jedzą widelczykiem...) - po każdej udanej próbie "nabicia" odkładali widelczyk, bili brawo, brali widelec do rączki... i tak w kółko.
Ostatnia sprawa to ich... brzydko mówiąc, upierdliwość
Chłopcy nie popuszczą, zanim się nie potwierdzi, że "tak, to jest M jak mama" albo "tak, to jest kotek". Potrafią godzinami powtarzać "MAMA MAMA MAMA MAMAMAMAMAMAMAMA" albo "CICI CICI CICICICICICICI". Jest to słodkie, ale bywa czasem baaaaaaaaaaardzo męczące, zwłaszcza, gdy mamusia właśnie ma inne zajęcia. Na Andrzejka dodatkowo trzeba patrzeć, w przeciwnym razie rączką skręca mi głowę w swoją stronę - muszę dokładnie, a nie tak po łebkach, podziwiać rysunek, literki, książeczkę...
A, i jeszcze literki. Jest to ostatnio absolutny hit. Zabawa literkami zajmuje ich na długi czas. Uwielbiają układać klocki z literkami, puzzle piankowe z literkami, odczytywać literki w gazetach, na sprzętach domowych, na plakatach, neonach, ostatnio nawet na "liście płac" kończącego się serialu... Andrzejek i Kamilek mają 2 lata i 2 miesiące, a znają ponad pół alfabetu. Jeszcze z rok i może sami będą sobie czytać?





