Mój bliźniaczy poród
czyli: Andrzejek i Kamilek przychodzą na świat
Termin porodu miałam wyznaczony na 10 stycznia, lekarka mówiła mi jednak, abym nie przywiązywała się zbytnio do tej daty. Nie sądziłam jednak, że nastąpi to tak szybko... Podobnie jak panie w szpitalu, w którym chciałam urodzić moje bąbelki - czyli w Instytucie Matki i Dziecka. Zadzwoniłam tam pewnego dnia, aby umówić się na kolejną wizytę do lekarza. Był chyba październik. Termin dostałam na ... 6 grudnia. Próbowałam pani w rejestracji wytłumaczyć, że do tego czasu moje dzieci już mogą być na świecie. Niestety, do pani rejestratorki to nie docierało Jeszcze na mnie nawrzeszczała! Spłakałam się wtedy strasznie, wiadomo - hormony ciążowe.
W końcu udało mi się umówić z lekarzem, prywatnie. Następną wizytę miałam umówioną na 29 listopada o godz. 16.00. Dobrze, że tydzień wcześniej zdążyłam obejrzeć szpital i salę porodową...
W środę rano, 28 listopada 2001 roku, nagle odeszły mi wody. Był 34 tydzień ciąży Do 35 tygodnia, kiedy to bliźnięta uznaje się ponoć za donoszone, brakowało mi 3 dni. To Andrzejek się śpieszył na swoje imieniny, zupełnie ignorując fakt, że tatuś tego właśnie dnia ma obronę pracy magisterskiej... Zamiast robić tatusiowi kanapki i prasować koszulę - zacisnęłam nogi i pojechałam do szpitala... Korek, mgła, 9 rano w Warszawie... Jedziemy. Wody się sączą. Skurczów nie ma... W izbie przyjęć najpierw KTG i badanie. Pan doktor super miły (no, opłacony...). Położne już mniej, przynajmniej tam na dole. Najpierw dostaję koszulę nocną, trochę podartą i ciasnawą (noszę przed sobą potężny brzuch!). Nieważne, ma być szpitalna, swojej nie wolno. No dobrze, skoro tak. Jestem w ugodowym nastroju, nic mnie nie boli. Potem szlafroczek. Tu już się trochę zatelepałam, szlafroczek bowiem z dziurą na plecach, wymazany tuszem z pieczątek - rozmiar 34. Nawet przed ciążą nosiłam 40! Nie wchodzi nawet na jedna rękę. Nie będę przecież ganiać z prawie gołym tyłkiem po szpitalu! Założyłam swój szlafrok, ku wielkiemu niezadowoleniu położnej. Zemściła się, na pięterko sama tachałam swoją torbę... Mąż na obronie.
Leżałam sobie na porodówce, sama w salce i czekałam... na skurcze, cokolwiek. Nie, na skurcze jednak chyba nie, bo przecież zaparłam się, że wytrzymam jeszcze 3 dni! Co chwile ktoś wchodził, przeglądał moje papiery i wychodził... Pan doktor zaniepokojony, czy ... mąż się już obronił? Po kilku godzinach trafiłam na patologię. Chciałam wytrzymać jeszcze kilka dni, żeby się maluchom płucka rozwinęły. No i tak sobie leżałam, w nocy miałam skurcze co 2-3 minuty... ale nic nie mówiłam, byłam podłączona do fenoterolu, nie pomagało... Rano o 7 zawieźli mnie na porodówkę, hihi, rozwarcie 3 cm, a mój mąż ŚPI. Lekarka mnie postraszyła, że za 2 godziny będzie po wszystkim, bałam się, że Sebastian nie zdąży. Dostałam znieczulenie, mój lekarz na szczęście przyszedł na dyżur i... skurcze się skończyły... Tak sobie leżałam, czekałam na męża, coś tam mnie czasem bolało, ale lekko... Trochę poskakałam na piłeczce, jeść mi się chciało koszmarnie, bo nie załapałam się na śniadanko... Ok. godz. 15 lekarze stwierdzili, ze to JUŻ. Dostałam dreszczy, chyba z emocji straszliwych, bałam się bardzo.
A potem w radiu zabrzmiała piosenka Lady Pank - "Zawsze tam gdzie ty". I chyba już zawsze słuchając jej, będę wspominać te piękne chwile, gdy moje pierworodne dziecko przychodziło na świat...
A potem parłam kilka minut, i już. Bez bólu, bez wysiłku jakiegoś, nawet się nie spociłam. Andrzejek ważył 2300, więc oczywiście był malutki. Obsikał mamusię na powitanie. Jeszcze wtedy miałam nadzieje, że doktor się pomylił, że to drugie jest dziewczynką. "Panie doktorze, ale drugie to dziewczynka, prawda? Proszę coś zrobić..." "Nie ma takiej możliwości, pani Asiu. A teraz przyj!" Wiec parłam, 20 minut później Kamil był już na świecie. Niestety owinął się pępowiną i trochę było o niego strachu, ale za chwile darł się rozkosznie.
Wiecie, to jest piękna muzyka w uchu mamy, bo wiadomo, że płucka są silne. Zwłaszcza przy wcześniakach jest to ważne... Mój mąż wyszedł rozmawiać i sms-ować z połową świata, lekarz mnie szył i opowiadał dowcipy... było FANTASTYCZNIE. Poród wspominam jako przyjemne, wesołe wręcz przeżycie. Ja może jestem wariatka, ale to prawda.
I tak, 29.11.2001 r., siłami natury i mamusi urodzili się Andrzejek i Kamilek, z wagą 2300/2310 gram i 47/48 cm długości. Zdrowi, rozwinięci i wspaniali.
Jeśli interesują Was opisy innych bliźniaczych porodów, wejdźcie na tę stronę. A może chcecie się podzielić swoimi przeżyciami? Napiszcie do nas!





