Świat według bąbli, Odcinek 94
Czas ucieka!
Słowo daję, jak człowiek pójdzie do piećkola, to na nic nie ma czasu... tylko piećkole - dom - piećkole - dom. Nie pisaliśmy o sobie nic od prawie pół roku!! A przecież poza piećkolem trochę się wydarzyło?
W zimie byliśmy u babci - rodzice pojechali sami na urlop, a my na ferie do Babci Ewy. Przed wyjazdem sami spakowaliśmy walizki! Tylko Andrzejek miał problemy z zamknięciem swojej walizy - chyba za dużo do niej napchał. Ale sami rozumiecie, że było mu wszystko potrzebne - i samochody, i kopara, i książeczki... Ja spakowałem się trochę sprawniej.
Uwielbiamy jeździć do babci, nawet jeśli trochę nas tam wykorzystują - np. do odgarniania śniegu. Za to dostaliśmy w prezencie gitary i kąpaliśmy się w bąbelkach! Bardzo to jest śmieszne.
Zdjęcia z naszych ferii możecie obejrzeć tutaj.
W ogóle to bardzo chętnie jeździmy do babci - uczymy się tam samych pożytecznych rzeczy od dziadka!
Wiosną też atrakcji nie brakowało...
Na przykład ostatnio - rodzice chodzą z nami na basen. Uwielbiamy to! Już w ogóle nie boimy się pływać sami - i to bez kółek, tylko w rękawkach! Pływamy pieskiem (a może kotkiem??) i chyba żabką, mama próbuje nas tego nauczyć. No i na głowie! Tzn. Andrzejek pływa na głowie, moczy sobie całą głowę, ja tam się trochę boję...
Jeszcze ciekawsza była impreza u Maryni i Lenki - pojechaliśmy tam samochodem, daleko, daleko, przez całą Warszawę, w korku... Na miejscu okazało się, że są... KONIKI! Natychmiast do nich pobiegłem i za chwilę już pierwszy raz w życiu siedziałem na koniu! SAM! W ogóle się nie bałem! Andrzejek jeździł jako następny, a potem jeszcze inne dzieci i jeszcze raz ja i Andrzejek! To dopiero była przejażdżka!
Trochę się tym jednak zmęczyliśmy - na pocieszenie panowie rozpalili ognisko i piekliśmy kiełbaski. PYSZNE. I to sami piekliśmy, na patykach!
Zresztą - co ja Wam będę mówić, obejrzyjcie sobie zdjęcia.
Cały czas trenujemy też grę w kosza. Kosz to takie kółko metalowe z siatką, zawieszone na szafie. Mamy dwie pomalańciowe piłki i sobie rzucamy. Niedługo wyrośniemy na profesjonalnych koszykarzy! Mama mówi, że musimy jednak jeszcze trochę urosnąć. Nie wiem, po co, bo przecież sięgamy do naszego kosza??
Najlepszy jednak ze wszystkiego był nasz ZLOT. Pojechaliśmy tam z mamą i tatą, mama już od dawna nie miała dla nas czasu i wszędzie zbierała książeczki, kubki, medale (to my je akceptowaliśmy!), dyplomy... no bałagan był w domu.
Aż wreszcie nadszedł ten dzień - zamiast do przedszkola pojechaliśmy na zlot. Na początku nikogo nie było, nawet tata musiał wrócić do Warszawy (chyba po Marynię i Lenkę) - my zaś zostaliśmy z mamą i wszystko pomagaliśmy organizować. Mama najpierw zostawiła nas na ławce pod budynkiem i sama nosiła rzeczy (my mieliśmy za zadanie głośno liczyć!) - potem wzięliśmy plakaty i rozwiesiliśmy je na budynku i na drzewkach. Podawaliśmy mamie taśmę, Andrzejek to nawet paluszek sobie skleił, tak ciężko pomagał!
Po jakimś czasie nadjechali Krzyś i Marcinek z mamą i tatą, a potem coraz więcej dzieci, aż wreszcie przyjechała Ola. Ola nam się najbardziej podobała...
Mama przypinała wszystkim dzieciom takie fajne znaczki i karteczki z imieniem, żeby nikt nas nie mylił. A wieczorem dała nam prezenty! Kolorowanki i kubeczki i kredki i papier! W sali zrobiliśmy ogromny kąt z papierem, farbami, kredkami, gdzie mogliśmy malować i rysować. Tata włączył tez nam bajkę na koniec dnia.
Bardzo było fajnie! W sobotę wycieczka do zamku, ale królewny nie było ani ducha ani smoka... Po obiadku bawiliśmy się z Olą i innymi dziećmi, potem był spacer (za dużo komarów, wróciliśmy szybko, a jeziora nie udało nam się niestety zobaczyć...) Za to po spacerze rozpoczęło się szaleństwo - mama od rana sprzedawała takie dziwne karteczki. Na tych karteczkach były numerki - każdy numerek to miała być jakaś zabawka! Czekaliśmy na te zabawki bardzo długo... najpierw zapędzono nas wszystkich do duuużej sali. Tam dorośli ustawili nas w krąg i sami zaczęli robić zdjęcia... jakoś to przetrwaliśmy. Ale ile czasu można stać i patrzeć na super zabawki, które są tak blisko?? Niektóre dzieci zaczęły się niecierpliwić... najfajniejsze były takie duuuże żyrafy od wujka Bogdana i jeszcze takie drewniane kaczki i inne zabawki... Mama szybko zaczęła czytać listę tych wszystkich zabawek, które zgromadziła w pudełkach i torbach - piłki, wiaderka do piasku, foremki, zabawki drewniane, książeczki - no i przede wszystkim BAŃKI MYDLANE! O te bańki to niektóre dzieci prawie się pobiły... szybko się okazało, że każde z nas dostaje coś innego! Ja np. wygrałem drewnianą kaczkę i książeczki, a Andrzejek bańki mydlane i jakieś płyty. O, latawiec też wygrałem!
Po loterii mama wręczyła jeszcze dwa duże pomarańczowe prezenty Marcie i Danielowi (oni tak trochę śmiesznie mówili - chyba po podolsku, tfu, hiśpańsku) - bo właśnie dzisiaj mieli urodziny! Bardzo się ucieszyli.
Nie pamiętam, co było po loterii... chyba bawiliśmy się tymi zabawkami i biegaliśmy po podwórku i byliśmy na kolacji, oglądaliśmy bajkę, a potem to już poszliśmy spać... w nocy było trochę ciemno i wołałem mamusię, żeby zapaliła światło, bo wcale nie widziałem mojego kochanego brata... ale mama się nie zgodziła..
W niedzielę też były zaplanowane różne ciekawe rzeczy - przede wszystkim olimpiada! Ciocia Agnieszka i wujek Grzesiek przygotowali wspaniałą olimpiadę sportową - było rzucanie do kosza i strzał do bramki i bieganie z jajkiem na łyżce, a potem rzut do tarczy (mama kupiła nam też takie piłeczki i tarczę!) i bieg z przeszkodami. Wszędzie dostawaliśmy duuużo punktów na karteczce, a potem wszyscy wygraliśmy! Każdy dostał od naszej mamy medal i lizaka i dyplom! I było podium i zdjęcia i w ogóle było bardzo wesoło!
Niestety, mama nie miała dla nas za dużo czasu... potem był obiad i pakowanie i pojechaliśmy do domu... Mam jednak nadzieję, że za rok znowu będzie taki Zlot i też na niego pojedziemy!
Zdjęcia ze Zlotu możecie obejrzeć tutaj.





